niedziela, 29 marca 2020

Krzysztof Penderecki: Symphony No. 7 'Seven Gates of Jerusalem'

Jest mi bardzo przykro. Dzisiaj zmarł Maestro. Krzysztof Eugeniusz Penderecki (ur. 23 listopada 1933 w Dębicy, zm. 29 marca 2020 w Krakowie]) – polski kompozytor, dyrygent i pedagog muzyczny. Przedstawiciel polskiej szkoły kompozytorskiej w latach sześćdziesiątych. Profesor i rektor Akademii Muzycznej w Krakowie. Członek Polskiej Akademii Umiejętności.
 W 2012 roku dziennik „The Guardian” nazwał go „najprawdopodobniej największym żyjącym polskim kompozytorem” .
Jego muzyka niejednokrotnie była wykorzystywana przez twórców filmowych. Utwory Pendereckiego znalazły się w takich filmach jak Egzorcysta Williama Friedkina, Lśnienie Stanleya Kubricka, Dzikość serca Davida Lyncha, Ludzkie dzieci Alfonso Cuaróna, Katyń Andrzeja Wajdy oraz Wyspa tajemnic Martina Scorsese. Penderecki otrzymał za swoją pracę szereg prestiżowych nagród, w tym dwukrotnie Prix Italia: w 1967 i 1968 roku, oraz czterokrotnie Nagrodę Grammy: w 1988, 1999 (dwie) i 2017 roku. Szereg uczelni wyższych w Europie i Stanach Zjednoczonych przyznało mu tytuł doctora honoris causa. Kawaler najwyższego polskiego odznaczenia, Orderu Orła Białego. 

Mój ulubiony utwór:
SIEDEM BRAM JEROZOLIMY


sobota, 28 marca 2020

Epidemie na ziemiach polskich

   Dawne społeczeństwa niemal przez cały czas doświadczały epidemii oraz pandemii chorób zakaźnych. Nie omijały one również terytorium Polski. Niektóre z nich miały duży wpływ nie tylko na historię, lecz także na rozwój medycyny, a nawet funkcjonowanie instytucji państwowych i sposób życia. 
   W całej historii ludzkości epidemie i pandemie zasadniczo wpływały na losy społeczeństw. Niektóre z nich przyczyniły się do głębokiego kryzysu imperiów, inne stanowiły okazję do nadrobienia dystansu cywilizacyjnego dzielącego społeczeństwa gorzej rozwinięte i te lepiej. Choroby stanowiły również inspirację dla dzieł kultury. Co najistotniejsze, epidemie były jednak tragedią zwykłych ludzi, których dotykały ich konsekwencje, niewyobrażalne dla pokoleń żyjących w epoce wysokorozwiniętej medycyny i higieny. Walkę z epidemiami i pokonanie niektórych z nich można uznać za jeden z najważniejszych, często niedocenianych, sukcesów w dziejach. 
   Nasza wiedza na temat najwcześniejszych epidemii chorób zakaźnych na ziemiach polskich jest stosunkowo niewielka. Bez wątpienia szalejąca w Europie Zachodniej XIV-wieczna zaraza dżumy potraktowała Polskę i niektóre inne regiony Europy Środkowej łagodniej. Dżuma powracała jednak przez kolejne trzy stulecia. Pod koniec XV wieku w Krakowie epidemie tej choroby zdarzały się co dwa, trzy lata, a nawet rok po roku. W latach 1500–1750 odnotowano tam 92 epidemie – najwięcej ze wszystkich polskich miast. W latach 1601–1650 w Krakowie było ich 19, a Warszawie – 33. Później zachorowania w obu miastach utrzymywały się na zbliżonym poziomie. O XVI-wiecznych zarazach na ziemiach Korony i Litwy wiemy m.in. za sprawą kronik, które opisywały wyjazdy władców w poszukiwaniu miejsc wolnych od „morowego powietrza”. „Król Jego Mość Zygmunt wyjechał z Krakowa dla powietrza […] bo już pomirało [umierało – przyp. red.] w Krakowie. […] Droga Królowi Jego Mości była na Sędziomirz [Sandomierz – przyp. red.] i tam marto [umierano – przyp. red.], po tym do Lublina z Lublina do Warszawy. Zaraz się królewski dwór zapowietrzył, marto wszędzie gdzie się jedno obrócił” – opisywał krakowski kronikarz pod datą 1588 r. 
   Ucieczka z wielkich miast i izolacja w odleglejszych, mniej zaludnionych miejscach słusznie była postrzegana jako w miarę skuteczna recepta na powracające epidemie. Wielkie lub lokalne zarazy paraliżowały działania i tak słabych instytucji państwa. W źródłach często pojawiają się wzmianki o zawieszeniu prac sądów i trybunałów. Wydarzeniem zupełnie wyjątkowym było opóźnienie kluczowych dla państwa wydarzeń, włącznie z pogrzebami. Pomór panujący w Krakowie w 1599 r. o rok opóźnił pogrzeb królowej Anny Habsburżanki. 
   Nie rozumiejąc mechanizmów przenoszenia dżumy, próbowano przewidzieć jej nadejście. 
W 1591 r. wykształcony w Bolonii lekarz i filozof Piotr Umiastowski w dziele „Nauka o morowym powietrzu na czwory księgi rozłożone” zamieścił katalog znaków zwiastujących epidemię. Wymieniał m.in. pojawienie się komety, ogromnej liczby żab i gwałtowne zmiany pogody. Sygnałem miało być również szybkie gnicie mięsa wystawionego na wiatr czy zdychanie psów pojonych poranną rosą. Były to logiczne wnioski wynikające z przekonania o powodowaniu epidemii przez „morowe powietrze”. 
   W czasach nowożytnych epidemie szły w parze z wojnami. Obu tym „jeźdźcom apokalipsy” sprzyjały chaos i przemieszczanie się rzesz ludności. Podczas wielu nowożytnych wojen liczba poległych w bitwach była nieporównywalnie niższa niż zmarłych w wyniku epidemii, takich jak dyzenteria, czerwonka czy dur plamisty. Dżuma wyniszczająca armię Szwecji i Rzeczypospolitej była w 1629 r. jednym z głównych powodów zawarcia zawieszenia broni. Straszliwe żniwo zebrały epidemie w czasie wojen połowy XVII wieku. W czasie tzw. kampanii żwanieckiej w trakcie powstania Chmielnickiego w 1653 r. licząca 30 tys. żołnierzy armia koronna straciła ok. 20 tys. „W Warszawie mrze od smrodów z trupów pobitych a niepochowanych i z koni; także i w Poznaniu i Szwedzi umierają, i między wojskiem naszym poczęło było” – pisano o zarazie z lat 1655–1656.
   Epidemie mogły także sparaliżować odsiecz wiedeńską. „Połowa nam prawie wojska choruje na taką chorobę, która jest zarazą podobna” – pisał król Jan III Sobieski w liście do królowej Marysieńki. Zarazy uderzały na wyniszczoną Rzeczpospolitą także w XVIII wieku. Pod koniec lat sześćdziesiątych dżuma stała się pretekstem dla Austrii i Prus do ustanowienia kordonu sanitarnego na granicy z Rzecząpospolitą. Dokonane wówczas aneksje pogranicza stały się wstępem do pierwszego rozbioru w 1772 r. 
    Dramatyczne epidemie w XVII i XVIII w Polsce i innych krajach Europy wywoływały też wzrost niepokojów społecznych. Coraz częstsze były oskarżenia o świadome wywoływanie chorób. Ich ofiarami bywali m.in. grabarze, cyrulicy i znachorzy, których podejrzewano o chęć dorobienia się na fałszywych medykamentach lub organizacji pogrzebów. Oskarżano również społeczność żydowską, której przedstawiciele mieli rzekomo rzadziej zapadać na choroby epidemiczne. 7 marca 1711 r. stracono w Lublinie trzech grabarzy oskarżonych o rozprzestrzenianie zarazy. W czasie tortur przyznali się do winy z chęci zysku: „Żeśmy trupią głowę rozbili i mózg wybrali i smarowaliśmy drzwi u kamienic i domów”. 
   Epidemie XVII wieku wpływały także na ówczesną, barokową fascynację śmiercią i przemijaniem. Epidemie dżumy w Europie wygasły do początku XIX wieku. Do tego czasu czarna śmierć zebrała straszliwe żniwo. W miarę wiarygodne szacunki liczby zmarłych w Prusach mówią o 300 tys. ofiar w latach 1709–1713. W 1771 r. zaraza w Moskwie zabiła od 50 do 100 tys. mieszkańców, czyli nawet 1/3 populacji miasta. Dżuma miała powracać do Europy w kolejnych dziesięcioleciach, ale już na nieporównywalnie mniejszą skalę. Koszmarem wieku XIX miały się stać epidemie cholery. 
   U progu lat dwudziestych XIX wieku w relacjach kupców podróżujących do Indii i Azji Południowo-Wschodniej pojawiają się opisy choroby objawiającej się wymiotami, biegunką, utratą wagi i plamami na ciele. Arabscy żeglarze nazywali ją „kholera”, co oznacza „upływ żółci”. Jej ekspansja rozpoczęła się od najdalszych regionów Azji, włącznie z zamkniętą dla świata Japonią. W 1830 r. dotarła do Rosji, a następnie pozostałych krajów Europy. Egzotyczna choroba została początkowo potraktowana jako niegroźna ciekawostka z najdalszego krańca świata. Niemiecki poeta Heinrich Heine pisał o pierwszych dniach zakażenia: „Ponieważ było to śródpoście [czwarta niedziela Wielkiego Postu – przyp. red.], świeciło słońce, a i pogoda była urocza, paryżanie spacerowali tłumnie z tym większą prostodusznością po bulwarach, gdzie zobaczyć można było maski, które parodiując chorobliwe zabarwienie i przygnębioną twarz, szydziły z lęku przed chorobą i z samej choroby”. 
   Bogatym paryżanom i mieszczanom z innych metropolii ówczesnej Europy wydawało się, że cholera zbiera swoje żniwo wyłącznie wśród najniższych kręgów społecznych. Jednak już w 1831 r. na tę chorobę zmarł książę Konstanty Romanow, który po ucieczce z Warszawy w listopadzie 1830 r. obserwował działania rosyjskiej armii przeciwko powstańcom. Niemal w tym samym czasie, 10 czerwca 1831 r., zmarł dowodzący wojskami carskimi feldmarszałek Iwan Dybicz Zabałkański. Również w 1831 r. cholera zabrała wielkich przedstawicieli pruskiego życia intelektualnego – Carla von Clausewitza i Georga Wilhelma Hegla. Prawdopodobnie ofiarą jednej z kolejnych fal zarazy był Adam Mickiewicz, zmarły w 1855 r. w Stambule. 
   Pandemie cholery stanowiły przełom w myśleniu o przeciwdziałaniu chorobom zakaźnym. W 1854 r. brytyjski lekarz John Snow rozpoczął badania nad rozprzestrzenianiem się cholery w najbiedniejszych dzielnicach Londynu. Jego zdaniem obowiązująca od średniowiecza teoria miazmatów, czyli wywoływania chorób przez „złe powietrze”, była błędna. Snowowi udało się zidentyfikować źródło zarazy – studnię znajdującą się w epicentrum zachorowań. W ciągu kilku kolejnych dziesięcioleci odkrycie przyczyn cholery doprowadziło do rozpoczęcia walki z epidemią m.in. przez budowę nowoczesnych wodociągów i kanalizacji. Urbaniści i architekci dążyli też do rozgęszczenia zabudowy, m.in. dzięki budowie parków. W miastach wprowadzano także przepisy zabraniające wylewania nieczystości do rynsztoków lub wprost na ulicę. W największych ośrodkach, a następnie mniejszych miastach ziem polskich rozpoczęto również kontrolę jakości wody i sprzedawanej żywności. Coraz więcej działań podejmowały instytucje państwowe, np. wydając przepisy sanitarne na wypadek epidemii, „[…] by każde podejrzenie o cholerę było zgłaszane władzy politycznej powiatowej” – stwierdzano w regulacjach obowiązujących we Lwowie w 1910 r. 
   Wielkie znaczenie dla walki z epidemiami miały także inicjatywy charytatywne. Na początku I wojny światowej biskup krakowski książę Adam Sapieha stworzył sekcję sanitarną złożoną głównie z szeregów studentów medycyny. Ich zadaniem było docieranie do najmniejszych wsi Galicji w celu zaszczepienia miejscowych chłopów. Działania te mogły uratować nawet trzy miliony mieszkańców tego regionu. Szczepienia przeciwko tyfusowi ograniczyły z kolei ryzyko epidemii tej choroby podczas II wojny światowej. Produkowane w słynnym lwowskim laboratorium Rudolfa Weigla szczepionki były przemycane do gett, w których tyfus zbierał największe żniwo. 
   W XIX wieku wciąż jednak zarazy stanowiły ogromne zagrożenie dla porządku społecznego. W 1846 r. epidemia cholery dotknęła Małopolskę i Podhale. Poprzedziły ją katastrofalne klęski nieurodzaju i powodzie. W wielu miejscach wybuchały rozruchy głodowe, które ostatecznie przerodziły się w rzeź galicyjską. Chaos potęgowały migracje ludności, która przenosiła zarazki na inne obszary. 
   Wielkie przemieszczenia mas ludności przyczyniły się również do szybkiej ekspansji najstraszniejszej pandemii ostatnich dwustu lat – grypy hiszpanki. Według różnych szacunków zabiła ona na całym świecie od 50 do nawet 100 mln osób, a zachorowało blisko 500 mln. Wbrew nazwie wirus został do Europy przeniesiony z USA przez żołnierzy amerykańskich udających się na front. Hiszpanka różniła się od większości pandemii w dziejach świata. Zabierała nie najsłabszych i obciążonych poważnymi chorobami, ale przede wszystkim ludzi młodych i w średnim wieku. Śmiertelność podwyższał fakt, że hiszpanka spadła na społeczeństwa europejskie osłabione fatalnymi warunkami egzystencji w czasie I wojny światowej. Dziś nie sposób ustalić liczby ofiar hiszpanki na ziemiach polskich. Chaos pierwszych miesięcy niepodległości, wielkie migracje, a potem przetaczający się front wojny z bolszewikami zatarły większość śladów zarazy. W latach 1939–1944 zniszczeniu ulegała większość dokumentów największych warszawskich cmentarzy, które byłyby doskonałym źródłem do oszacowania śmiertelności mieszkańców stolicy. Epidemię hiszpanki znamy więc niemal wyłącznie ze wspomnień oraz ówczesnej prasy. „Grasuje po wsiach w sposób przerażający […] nie ma prawie chaty, w której by nie było chorego na hiszpankę […] Śmiertelność jest ogromna. Stolarze po wsiach i miasteczkach nie robią nic innego, tylko trumny. […] Ludność poddała się uczuciu zupełnej apatii, bo nie ma możności zapobieżenia zarazie” – pisał jesienią 1918 r. galicyjski „Głos Narodu”. W tygodniku „Piast” czytamy jeszcze bardziej dramatyczną relację: „Pogrzeby odbywają się zwykle bez płaczu, bo często cała rodzina zmarłego leży w gorączce i nie ma kto nad trumną zapłakać. Często się zdarza, że matka leżąc bezprzytomnie w gorączce nie wie, że z domu wynoszą jej zmarłe dziecko”. Całe rodziny chorowały też w miastach, i dotyczyło to każdej grupy społecznej. W gazetach publikowano nekrologi męża i żony lub dwójki czy trójki dzieci. Nierzadko śmierć przychodziła bardzo szybko. „Rano jesteś zdrowy, wieczorem już cię nie ma” – mawiano wówczas. 
    Wielu próbowało wykorzystać epidemię do reklamy produkowanych pokątnie preparatów medycznych, a nawet swoich restauracji. Jeden z krakowskich lokali na łamach „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” ogłaszał, że „higieniczne a smakowite” potrawy zabezpieczają przed chorobą. Strach gaszono także humorem: „Przyszła kreska na Matyska: hiszpanka za szyję ściska / Ja się nie dam – krzyczał z pychą / Aż i jego wzięło licho” – czytamy w wierszyku na łamach „Kuriera Poznańskiego”. Pamięć o hiszpance jest obecna w warszawskim folklorze: „My, warszawiacy, jesteśmy tacy / Kto nam na odcisk – to już Hiszpan – zimny trup” – śpiewają do dziś zespoły inspirujące się muzyką stołecznych podwórzy. Przypominano również wierszyki układane podczas poprzednich epidemii „influenzy”. „O influenzo, Nimfo, skąd Ty rodem? Czyś Ty chorobą jest epidemiczną? Co Ci się stało? Co Ci jest powodem? / Że tak w grodzie samym, jako też i w okolicy, marnujesz mężów, dzieci i kobiety?” – pisał anonimowy autor, parafrazujący fragment „Beniowskiego” Juliusza Słowackiego. Treść wierszyka uświadamia, że dopiero u schyłku XIX wieku poznano mechanizmy przenoszenia pospolitej grypy. Wcześniej stanowiły jedną z wielu zagadek medycyny. 
    Epidemia sprzed 100 lat do dziś bywa wykorzystywana politycznie. W trakcie wojny polsko-bolszewickiej straty z powodu zarazy wśród jeńców bolszewickich w Polsce wyniosły ok. 25 tys. na ogółem 85 tys. Na terenie Rosji i Litwy w obozach jenieckich w tym okresie przebywało blisko 51 tys. żołnierzy polskich, w wyniku tej choroby zmarło do 20 tys. spośród nich. Ogromne straty wśród żołnierzy sowieckich są dla współczesnej Rosji pretekstem do wysuwania tez o rzekomym zagłodzeniu tych jeńców przez Polaków. Teza ta jest elementem rosyjskiej narracji „anty-Katynia” – rzekomych mordów popełnionych na rozkaz władz RP 20 lat przed zbrodnią na polskich jeńcach.
    Jedyną receptą na zwalczenie epidemii było wprowadzanie bezwzględnych zasad izolacji. Trudno było jednak egzekwować te przepisy w bardzo gęsto zaludnionych miastach. Pandemia zanikła pod koniec 1920 r. i nigdy już nie powróciła w zbliżonym natężeniu. W kolejnych dziesięcioleciach groźne epidemie grypy ponownie jednak dotarły do Polski. Dwie najgroźniejsze (H2N2 i H3N2), w latach 1957 i 1969, pochodziły z Azji. Ta druga pochłonęła w Polsce ok. 1300 ofiar. 
   Niepokój dawnych społeczeństw wzbudzała czarna ospa. Była ona przyczyną ok. 15 proc. zgonów w populacjach Europy. Śmiertelność sięgała 30 proc., wśród Indian amerykańskich mogła sięgać 90 proc. Na początku XVII w. popularność zaczęły zdobywać tzw. wariolacje. Zabieg polegał na wszczepieniu pod skórę płynu z ospowych krost. Poddany takiemu szczepieniu przechodził łagodną odmianę ospy i uzyskiwał trwałą odporność. Procedura była na tyle popularna, że korzystali z niej nawet ówcześni władcy, włącznie z carycą Katarzyną II. Pod koniec lat sześćdziesiątych zaczął ją wykonywać również lekarz króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Zabieg był jednak dość ryzykowny. Śmiertelność „łagodnej” ospy wynosiła ok. 3 proc., co dziś może się wydawać odsetkiem szokująco wysokim, ale niemal bez znaczenia dla ludzi żyjących w społeczeństwach ogromnego ryzyka epidemicznego. 
    Udoskonalenie szczepień przez Edwarda Jennera pod koniec XVIII wieku rozpoczęło proces światowej walki z czarną ospą, zakończonej jej pokonaniem w 1978 r. Moment ten przewidział sam Jenner: „Końcowym efektem szczepień będzie całkowite wyplenienie ospy – straszliwej plagi rasy ludzkiej”. Eradykacja ospy była jednym z największych sukcesów w historii medycyny. Powodzenia szczepień mimo wielkich oporów dużej części społeczeństw natchnęły wielu naukowców do badań nad rozprzestrzenianiem się innych chorób. Spośród polskich uczonych największą sławą okrył się prof. Hilary Koprowski, który pracując w USA, w 1950 r. wynalazł szczepionkę przeciw polio i przyczynił się do szybkiego wyeliminowania tej choroby w Polsce, doprowadzając do przysłania polskim lekarzom dziewięciu milionów dawek nowej szczepionki – zaledwie rok po wprowadzeniu jej na rynek. Do dziś polio zostało niemal całkowicie zwalczone we wszystkich zakątkach globu.
   Gdy świat z optymizmem wkraczał w dekadę lat sześćdziesiątych, która miała przynieść kolejne wielkie sukcesy w walce z chorobami zakaźnymi, w Polsce przypomniała o sobie niemal pokonana ospa prawdziwa. W lipcu 1963 r. przywlókł ją z Azji (jedne źródła mówią o Indiach, inne o Birmie i Wietnamie) Bonifacy Jedynak, oficer Służby Bezpieczeństwa. Zachorowało 99 osób (głównie personelu medycznego), z których siedem zmarło. Miasto zostało na kilka tygodni sparaliżowane i odcięte od reszty kraju kordonem sanitarnym. Zaszczepiono 98 proc. ludności Wrocławia. Osoby podejrzane o kontakt z chorymi umieszczano w izolatoriach. Mimo to ospa przedostała się do pięciu innych województw, nie wywołując tam jednak epidemii. WHO przewidywała, że zaraza ta potrwa dwa lata, zachoruje 2 tys. osób i umrze 200. Tymczasem wygasła po 25 dniach od jej wykrycia. Wydarzenia z 1963 r. zostały opisane w reportażu Jerzego Ambroziewicza, który w narracji skupił się na poświęceniu personelu medycznego w zmaganiach z zakażeniem. Ten wątek zresztą wydaje się wspólny wszystkim dziełom poświęconym epidemiom – od średniowiecznych moralitetów, przez klasyczne powieści, aż po współczesne filmy i seriale katastroficzne. 
 Więcej do przeczytania – w serwisie historycznym Dzieje.pl Michał Szukała (PAP) szuk / skp / 
Źródło: tutaj

niedziela, 22 marca 2020

Neofobia pokarmowa przeszkodą w zmianie diety

   Niechęć do nieznanych pokarmów pozwalała nam w toku ewolucji unikać toksycznych pokarmów. Kiedy jednak jedzenia jest pod dostatkiem, neofobia pokarmowa może utrudniać przestawienie się na zdrowszą dietę - mówi psycholog dr Klaudia Modlińska z Instytutu Psychologii PAN. 
   Inżynier Mamoń z filmu "Rejs" lubił tylko te piosenki, które już znał. "Jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę?" - pytał. Są osoby, które podobną niechęć żywią do pokarmów, z którymi nie są oswojone. A przez to preferują te potrawy, które już znają. Zjawisko to - neofobia pokarmowa - bywa problemem nie tylko wśród dzieci, które chciałyby żyć np. tylko pizzą i ciasteczkami, ale i wśród osób dorosłych, które choćby ze względów zdrowotnych muszą zmienić dietę. 
      ROZMIAR MENU ZMIENIA SIĘ Z WIEKIEM 
    "Są osoby, które nawet podczas wycieczki do Wietnamu będą jadły tylko pizzę i potrawy z McDonalda. A są takie, które zawsze wybierają z menu coś, czego jeszcze nigdy nie próbowały" - mówi psycholog dr Klaudia Modlińska z Instytutu Psychologii PAN, która bada biologiczne podstawy neofobii. Wyjaśnia, że niechęć do nowych pokarmów to nie jest zjawisko zero-jedynkowe. "Każdy z nas ma jakiś poziom neofobii. A ten poziom może się zmieniać z wiekiem" - mówi. Niechęć do jedzenia nieznanych pokarmów najsilniejsza jest u dzieci między 2. a 6. rokiem życia. Wtedy niektóre z nich trudniej jest skłonić, by jadły coś innego, niż kilka ulubionych potraw. Neofobia nasilać się też może u osób starszych - i stać się przyczyną ich niedożywienia. 
      DIETA, W KTÓREJ KARMIMY SIĘ OBAWAMI 
     Niechęć do jedzenia nieznanych potraw może się stać problemem również dla osób, które muszą zmienić dietę. I tak np. osoby z cukrzycą, z chorobami wieńcowymi, chorobami wątroby, trzustki albo z dną moczanową dostają od lekarza zalecenie zmiany diety, ale często tego nie robią. "Takie osoby bywają krytykowane za głupotę, niechęć, słabą wolę. A to może być właśnie kwestia neofobii pokarmowej: wolę jeść to, co znam, niż to, do czego zupełnie nie jestem przyzwyczajony" - mówi psycholog. Jak wyjaśnia dr Modlińska, zmiana diety powinna polegać nie tylko na wykluczeniu pewnych produktów, ale na zastąpieniu ich przez inne. "Młode osoby, które przechodzą na wegetarianizm, przestają jeść mięso, ale jedzą tylko to, co jadły do tej pory: makaron, ser, kanapki. A wcale nie urozmaicają diety, aby uzupełnić składniki zawarte w mięsie. I zdarza się, że tyją. To też ma związek z neofobią pokarmową" - komentuje. "Nie wystarczy więc tylko przemawiać do rozumu - tłumacząc, jak ważne są warzywa w diecie. Trzeba głębiej sięgnąć do mechanizmów psychologicznych" - komentuje. 
      POKONAĆ NIECHĘĆ 
     Jak pokonywać neofobię? Dr Modlińska mówi, że jednym ze sposobów jest ekspozycja na nowe produkty. Wyjaśnia, że jeśli np. dziecko obejrzy składniki, z których ma być zrobiona kanapka i samo ją sobie z nich przygotuje - będzie bardziej skłonne ją zjeść, niż gdy dostanie gotowe jedzenie. "A osobę dorosłą, aby oswoić z nowym jedzeniem, można zaprosić do udziału w warsztatach, podczas których pokazuje się, jak gotować nowe potrawy" - radzi. Znaczenie ma też forma, w jakiej podane jest jedzenie. Jeśli ktoś lubi jeść hamburgery, to może być łatwiej skłonić go do jedzenia nieznanych mu warzyw, proponując burgery warzywne, niż np. zrobioną z tych samych warzyw sałatkę. U dzieci zaś czasem może pomóc atrakcyjne nazwanie produktu. Np. jeśli dziecko chce jeść tylko "kotleciki", to można je namówić do zjedzenia czegoś nowego, nazywając to właśnie "kotlecikiem". Aby wprowadzić nowy produkt do diety, można też stopniowo go dodawać do pokarmu. Na przykład marchewkę - zanim ją podamy dziecku - domieszać do mleka czy kaszki. A brokuł dodać najpierw do lubianego spaghetti, aby przestał być czymś zupełnie nowym. "Jeśli ktoś skojarzy warzywo ze smaczną potrawą, łatwiej będzie mu przekonać się, że warto je jeść" - tłumaczy. 
    NAWET WSZYSTKOŻERCY NIE JEDZĄ WSZYSTKIEGO 
    Dr Modlińska neofobię bada na przykładzie szczurów. "Szczury, tak jak i my, są wszystkożercami. Daje to nam przewagę ewolucyjną, bo bezpieczniej jest móc jeść z różnych źródeł, niż z jednego. Ale z drugiej strony sprowadza też zagrożenie, bo niektóre produkty, które zdają się być jadalne, są toksyczne. Musi być więc mechanizm kontroli tego, co spożywamy, abyśmy nie zjadali wszystkiego" - mówi. Tłumaczy, że z tego powodu wykształciła się neofobia pokarmowa. Pozwala z ostrożnością wprowadzać do diety nowe produkty i monitorować ich działanie na organizm. "Teraz jednak pożywienia mamy aż nadto. Problem pojawia się, kiedy wejdziemy na ścieżkę jedzenia pokarmów, które są niezdrowe, albo których jemy tak dużo, że zastępują nam inne, zdrowe jedzenie. Wtedy neofobia stanowi problem" - komentuje psycholog. 
      NEOFOBIA WYSSANA Z MLEKIEM MATKI 
     Psycholog zaznacza, że neofobia - choć jest zaszyta gdzieś w genach - to na poziom związanej z nią niechęci do nieznanych pokarmów duży wpływ ma środowisko. "Jeśli w ciąży matka ma bardziej urozmaicony jadłospis, to i dziecko będzie bardziej zachęcone do próbowania nowych pokarmów. To samo dotyczy okresu karmienia. Informacje o pożywieniu docierają do wód płodowych, znajdują się w oddechu matki, zapachu jej skóry, w mleku. Jeśli w rodzinie jest skłonność do jedzenia różnorodnych pokarmów, to dziecko będzie się inaczej zachowywać w późniejszym wieku, niż dziecko z rodziny, która jest restrykcyjna, jeśli chodzi o dietę" - mówi. I dodaje, że wnioski takie można wyciągnąć właśnie z jej badań na szczurach. Rozmówczyni PAP tłumaczy, że na UW bierze teraz udział w kolejnych badaniach nad neofobią, skupiając się na "jedzeniu przyszłości", m.in. owadach. "Badamy bariery psychologiczne, które sprawiają, że zwykle nie mamy ochoty zjadać owadów" - mówi. Zwraca uwagę, że odpowiedź nie jest oczywista: "przecież płat mięsa też nie jest czymś, co ładnie wygląda. A ludzie to jedzą...". 
PAP - Nauka w Polsce, Ludwika Tomala lt/ zan/
Żródło: tutaj

piątek, 20 marca 2020

Wiosna ;)


Po 89 dobach zimy, dzisiaj, w piątek 20 marca nad ranem rozpoczęła się astronomiczna wiosna. 
W trakcie jej trwania na wieczornym niebie można będzie zaobserwować jasno świecącą planetę Wenus, tworzącą malownicze konfiguracje z innymi obiektami niebieskimi.
Astronomiczna wiosna zaczyna się, gdy Słońce osiąga punkt równonocy wiosennej, tzw. punkt Barana. W tym roku dokładny moment tego wydarzenia przypadł na godz. 4.50 w piątek 20 marca.

niedziela, 1 marca 2020

Socjolog: do paniki dochodzi, gdy przeszacowujemy zagrożenie

    Epidemii wywołanej przez koronawirusa SARS-CoV-2 towarzyszą zachowania związane z paniką. A do wybuchów paniki dochodzi, kiedy nie rozumiemy rzeczywistości, która nas otacza i przeszacowujemy zagrożenie - mówi PAP socjolog dr hab. Rafał Smoczyński.
   "Dla paniki charakterystyczna jest zła diagnoza, wyolbrzymienie niebezpieczeństwa, jakie niesie dana sytuacja w stosunku do realnego zagrożenia" - mówi socjolog dr hab. Rafał Smoczyński, prof. Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. "Koronawirus jest jeszcze w naszym kraju bytem abstrakcyjnym. Uwaga, jaką się temu tematowi poświęca, środki bezpieczeństwa podejmowane przez władze, oczekiwania polityczne są nieproporcjonalne do realnego zagrożenia. Możemy tu mówić o zachowaniu panicznym" - zwraca uwagę.
   I porównuje, że o wiele większym i realnym zagrożeniem jest na razie chociażby grypa, której nie poświęca się tyle uwagi, co koronawirusowi. Z danych NIZP-PZH wynika, że w poprzednim sezonie grypowym (wrzesień 2018 r. - kwiecień 2019 r.), odnotowano prawie 3,7 mln zachorowań i podejrzeń zachorowań z powodu grypy, a także 143 zgony z powodu grypy.
   Panika szczególnie wyraźną formę przyjęła w jednym z ukraińskich miast, gdzie obrzucono kamieniami autobusy z osobami powracającymi z Chin. Z kolei we Włoszech ludzie w obawie przed epidemią rzucili się na sklepy i wykupili zapasy żywności. "To klasyczne zachowania zbiorowe związane z paniką tłumu" - tłumaczy socjolog.
   "Z wybuchami paniki będziemy mieli do czynienia tak długo, jak długo będziemy skonfrontowani z sytuacjami, w których nie rozumiemy rzeczywistości, która nas otacza" - uważa rozmówca PAP.
Również w związku z epidemią koronawirusa pozostaje wiele niewiadomych. Skąd się wzięły wirusy, jak się przenoszą, jak z nimi walczyć... A w związku z tym ujawniają się już teorie spiskowe. "To symptomy tego, co socjologowie nazywają społeczeństwem ryzyka. A ma to związek z tym, że wiele z mechanizmów otaczającego nas świata jest dla nas całkowicie nieklarownych. To może tłumaczyć reakcje paniczne" - mówi socjolog.
   Pytany, czy to media są winne panice wokół COVID-19, odpowiada, że wszystkie informacje we współczesnym świecie są zapośredniczone. A media są elementem tego pośrednictwa. Jednak jego zdaniem - aby nie wzbudzać paniki - media powinny jak najrzetelniej przedstawiać sytuację związaną z epidemią i sięgnąć do wiarygodnych źródeł informacji. "A w przypadku tak specjalistycznych kwestii, jak rozprzestrzenianie się wirusów, warto odnosić się do wiedzy ekspertów. To pozwoli odbiorcom realistycznie ocenić zagrożenia, a przez to - nie ulegać panice" - przekonuje naukowiec.
   Prof. Smoczyński zaznacza, że poza paniką związaną z zachowaniami zbiorowymi, możemy też mówić o panice moralnej. "Panika moralna polega na tym, że obsadza się w roli `złych` osoby, które rzekomo przyczyniły się do zaistnienia jakiejś sytuacji, która zagraża naszemu dobru wspólnotowemu. W opozycji do nich identyfikujemy `nas` jako tych, którzy stoją na straży dobra moralnego czy zdrowia społeczeństwa - a więc np. na straży tego, jak powinna wyglądać polityka wobec zagrożenia wynikającego z koronawirusa" - mówi.
   "Panika moralna musi uwzględniać pewien strukturalny element - definiuje się postać, która reprezentuje to zło społeczne. Konstruuje się tzw. diabły ludowe - folk devils" - wyjaśnia. Zaznacza, że może się zdarzyć, że będą nimi np. osoby zakażone lub potencjalnie zakażone. Może być też, że takimi "diabłami ludowymi" staną się niektórzy politycy, którzy w ocenie swoich przeciwników nie czynią dość dużo, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa.
   Podaje przykład Chin, gdzie władze w Pekinie mogą obsadzić w roli "folk devils" lokalnych działaczy politycznych z Wuhanu, którzy niewystarczająco dobrze zajęli się sprawą epidemii. "Ci działacze zostali obsadzeni w roli +zła społecznego+, które jest odpowiedzialne za rozprzestrzenienie się wirusa. Może teraz nastąpić dintojra" - uważa socjolog.
   Na pytanie, czy taka panika moralna jest do czegoś społeczeństwom potrzebna, odpowiada: "Współczesne społeczeństwa są spluralizowane - pozbawione czegoś, co byłoby niekwestionowanym centrum moralnym. Różne strony sporu politycznego w różny sposób definiują różne kategorie moralne, interes społeczny, rację stanu. Nie ma zewnętrznego punktu, który by kontrolował właściwe zachowania społeczne. Element niepewności jest bardzo duży. A panika moralna w sytuacji pluralizmu normatywnego pozwala społeczeństwu rekonstruować swoje normy, redefiniować tożsamości zbiorowe. W dzisiejszych społeczeństwach ryzyka praktycznie niemożliwe jest uchronienie przed paniką moralną" - podsumowuje.
   Dodaje jednak, że panice tłumu - zachowania zbiorowego - być może łatwiej jest zapobiegać. "To wymaga skoordynowanego działania służb, które w odpowiedni sposób przekazują ludziom informacje" - mówi. (PAP)
Autorka: Ludwika Tomala
lt/ ekr/ agt/
Źródło: tutaj